KIEDY TWÓJ RODZIC STAJE SIĘ TWOIM DZIECKIEM

Prezentujemy książkę:

KIEDY TWÓJ RODZIC STAJE SIĘ TWOIM DZIECKIEM
Ken Abraham
312 stron, 140 mm x 210 mm,
oprawa miękka ze skrzydełkami, ISBN 978-83-7516-543-2
Cena 29,90 zł

KEN ABRAHAM, pisarz, którego trzynaście książek znalazło się na prestiżowej liście bestsellerów „New York Timesa”, opowiada, jak towarzyszył swojej mamie w jej podróży przez demencję.

Ken Abraham z początku postrzega zmiany w zachowaniu swojej mamy – utratę pamięci, spadek formy fizycznej, nietypowe reakcje – jako normalne dla osób w podeszłym wieku. Wkrótce jednak uświadamia sobie, że to demencja; i że nieodwracalnie zmieni ona życie jego mamy, a także życie całej rodziny. Rejestrując pogarszający się systematycznie stan matki, Abraham podpowiada, w jaki sposób radzić sobie z chorobą i jej konsekwencjami w gronie rodzinnym. Z humorem, a zarazem przypominając, że Dekalog nakazuje nam czcić rodziców, dodaje czytelnikom odwagi w podejmowaniu obowiązków, częstokroć trudnych, proponuje wiele praktycznych rad, które rodziny mogą zastosować, aby uczynić to doświadczenie bezpieczniejszym, lepszym, znośniejszym dla osoby dotkniętej chorobą.
Nie pozwól się zaskoczyć – bądź poinformowany, zanim stawisz czoła wyzwaniom i trudnościom związanym z chorobą Alzheimera lub demencją u drogiej ci osoby.

Ta książka może ci w tym pomóc.

Patroni medialni:
Przewodnik Katolicki, KI Moje Ksiażki, Radio Emaus, Do rzeczy, KAI, Granice.pl. Apostolstwo chorych, Boska TV.

Spis treści:

Spis treści
Rozdział 1 Mężczyźni w białych garniturach 7
Rozdział 2 Rozpoznanie wroga 17
Rozdział 3 Mama, jaką znałem 25
Rozdział 4 Jeden to najbardziej samotna liczba 31
Rozdział 5 Przeprowadzka 39
Rozdział 6 Paranoje i podejrzenia 45
Rozdział 7 Tego nie mogła powiedzieć nasza babcia! 49
Rozdział 8 Wypadki się zdarzają 57
Rozdział 9 Dziwna potrzeba kradzieży
i inne sygnały, które przegapiliśmy 65
Rozdział 10 Kiedy nie można już mieszkać samemu 73
Rozdział 11 Przeprowadzka 81
Rozdział 12 Sprawy duchowe 87
Rozdział 13 Zaakceptować fakty 95
Rozdział 14 Bezpodstawne oskarżenia i ciągłe telefony 105
Rozdział 15 Kłopoty z pamięcią?
Jakie kłopoty z pamięcią? 111
Rozdział 16 Staruszka wyprowadza staruszka 123
Rozdział 17 Dobre i złe strony 131
Rozdział 18 Punkt zwrotny 139
Rozdział 19 Gorzka refleksja 145
Rozdział 20 Rehabilitacja 149
Rozdział 21 Oddział „pamięciowy” 155
Rozdział 22 Decyzja o domu starców 159
Rozdział 23 Kontrolowanie leków 167
Rozdział 24 Graceland 175
Rozdział 25 Poczucie przynależności 187
Rozdział 26 „Prawda” relatywna 193
Rozdział 27 Tak należy postąpić 203
Rozdział 28 Wewnętrzne dziecko 211
Rozdział 29 Krok w tył 219
Rozdział 30 Powrót do Grace 227
Rozdział 31 Gdzieś zginęły mi palce u nogi 233
Rozdział 32 Dlaczego ona musi przez to przechodzić? 239
Rozdział 33 Chcę do domu 245
Rozdział 34 Czas się pożegnać 255
Rozdział 35 Opieka hospicyjna 261
Rozdział 36 U kresu podróży 267
Rozdział 37 Jest beznadziejnie 271
Rozdział 38 Ostatni telefon 279
Rozdział 39 Natarczywe, niewypowiedziane pytania 283
Przypisy 295

Fragemnty rozdziału pierwszego:

Mężczyźni w białych garniturach | 7

Rozdział 1 Mężczyźni w białych garniturach Jak to możliwe, utracić ukochaną osobę, kiedy ona jeszcze żyje? Osoba, którą znałeś i kochałeś, siedzi naprzeciwko
ciebie, rozmawia z tobą, uśmiecha się – ale w jakiś sposób odeszła lata temu. Dostrzegasz subtelne dziwactwa i kaprysy,
które z czasem się nasilają, a mimo to jesteś nieświadom prawdy – że to nie upór i nieumyślne złośliwości starszej osoby; że stoisz wobec wyniszczającej choroby, z którą musisz się zmierzyć, a do walki z nią masz niewiele narzędzi.


Inni dostrzegli zmiany u mamy wcześniej niż ja. Dave Saunders, przyjaciel, który chodzi do tego samego kościoła co nasza rodzina, przyglądał się mamie człapiącej przez dziedziniec w kierunku kościelnych drzwi. | Kiedy twój rodzic s 8 taje się twoim dzieckiem

– Czy coś się stało twojej mamie?
– Nie, dlaczego pytasz?
– Wydaje mi się, że porusza się znacznie wolniej niż ostatnio
– zauważył Dave.
– Tak, chyba rzeczywiście jej kroki są wolniejsze – przyznałem.

Tak naprawdę nie widziałem dużej różnicy, ponieważ był to stopniowy proces. Jednak inni ludzie, którzy nie widywali mamy codziennie, twierdzili, że się zmieniła. To była pierwsza wskazówka, że coś jest nie tak. Powinienem zacząć coś podejrzewać, kiedy pewnego ranka mama zadzwoniła do mnie trzynaście razy, ale nadal nie zdawałem sobie sprawy z jej stanu. Nie chodziło o nic konkretnego. Chciała tylko powiedzieć nam „dzień dobry” – i zrobiła
to, dzwoniąc raz, drugi i trzeci, przy czym nie pamiętała poprzednich połączeń. Następne telefony były mniej więcej takie same, wszystkie nagrane na mojej automatycznej sekretarce.

– Ken, tu mama. Chciałam ci tylko powiedzieć, że zjadłam pyszne śniadanie. Jajka na bekonie, tosty i suszone śliwki. Mnóstwo suszonych śliwek.
– Och, świetnie, mamo! Cieszę się, że tak dobrze się odżywiasz. Drugi telefon był taki sam jak pierwszy, a jedenasty, dwunasty
i trzynasty niewiele się różniły. Mój brat ostrzegał mnie, ale stanowczo odrzucałem tę myśl, że moja matka – a miała wówczas, w roku 2007, osiemdziesiąt pięć lat – nie jest już tak sprawna umysłowo jak dawniej. Ach, oczywiście, były pewne objawy, ale tłumaczyłem je sobie po prostu jako jej
dziwaczny sposób bycia. Mieszkałem z dala od mamy od ponad dwudziestu lat, więc kaprysy czy drobne złośliwości były dla mnie raczej zabawne niż irytujące.

Mężczyźni w białych garniturach | 9

Zauważałem u niej pewnego rodzaju paranoje, kiedy przyjeżdżała do nas z Orlando. Zawsze jednak lekceważyłem nieco to jej podenerwowanie, brałem je za lęk, rzeczywisty lub wyimaginowany, starszej osoby, która znalazła się w obcym miejscu. Pewnej nocy, około dwunastej, zawołała mnie.

– Ken, na podjeździe przed domem stoi jakiś człowiek.
– Co…? – Byłem zaspany. – Nie, mamo, nikogo tam nie ma. Wracaj do łóżka.
– Cały czas tam jest, Ken. Widzę go, wyraźnie jak w dzień. Wyszedłem z łóżka i podszedłem do okna, nie spodziewając się, że cokolwiek zobaczę, ale chciałem to po porostu sprawdzić. Wpatrywałem się przez okno w ciemność. Nic. – Nikogo tam nie ma, mamo. Idź spać.
– Nie będę spać, kiedy ktoś stoi na dole i gapi się na twoje okna.
– Mamo…

Nie wiem, które z nas było bardziej zirytowane. Mama czy ja. Cały czas upierała się, że ktoś kręci się koło domu, przed
podjazdem.
– On tam jest – mówiła zdenerwowana.
– Mamo, nikogo tam nie ma – odparłem głosem pełnym empatii, zakładając okulary, aby widzieć wyraźniej i po prostu się upewnić.
– Patrz, jest tam – powiedziała mama ze strachem. – Rusza się. Teraz jest tam. Stoi po prawej stronie, przed domem!
Przysunąłem twarz jeszcze bliżej okna i przetarłem oczy, wpatrując się znowu w ciemność. Niczego nie zobaczyłem,
ale zauważyłem, że wiatr porusza nieco czubkami drzew, tworząc na ziemi przedziwne cienie. Mogłem zrobić tylko
jedno. Odwróciłem się i chwyciłem mamę za rękę.

| Kiedy twój rodzic s 10 taje się twoim dzieckiem

– Chodź, mamo. Idziemy na dół.
Tylko nie myślcie, proszę, że jestem typem Rambo, w każdej chwili gotowym skopać komuś tyłek. Nie, zwykle nie szukam
kłopotów. Byłem spokojny. Wyraźnie widziałem z okna, że na podjeździe nie czekają mnie żadne kłopoty. Lampy
uliczne znajdowały się w odległości zaledwie trzech metrów od naszego domu i oświetlały teren wystarczająco dobrze,
abym mógł zobaczyć, że nikogo tam nie ma. Jednak mama nadal się upierała, że przy naszej skrzynce na listy stoi jakiś
mężczyzna. Zamierzałem jej udowodnić, że ma zwidy.
– No to chodź – powiedziałem. – Idziemy na dół.
– Nie! – krzyknęła. – On może być niebezpieczny. Może mieć pistolet czy kij lub coś takiego.
– Mamo, nikogo tam nie ma. I zamierzam ci to udowodnić. Zaufaj mi. Chodź ze mną. – Pociągnąłem ją w kierunku drzwi.
Mama niechętnie podążyła za mną; wyszliśmy na zewnątrz, zeszliśmy schodami na ścieżkę prowadzącą na podjazd.
Posuwała się wolno, dostosowując się do mojego tempa, niechętnie przemierzyła całą długość podjazdu, czyli jakieś
cztery metry. Kiedy w końcu zatrzymaliśmy się, zwróceni twarzami w kierunku domu, objąłem mamę ramieniem i wyciągnąłem
dłoń, wskazując w różnych kierunkach.

– Mamo, widzisz tam coś?
– Nic.
– A tam?
– Nie, tam nic nie ma.
– A z tej strony?
– Ken, wyraźnie widziałam. Na dole stał mężczyzna i patrzył na twój dom.

Właśnie w tym momencie, wiatr zakołysał koronami drzew, których liście rzuciły dziwaczny cień na skraj podjaz

Mężczyźni w białych garniturach | 11

du. Chcąc ją uspokoić, a jednocześnie mając nadzieję, że uda mi się przegonić jej lęki, powiedziałem:
– Mamo, może właśnie to widziałaś. Liście powiewające na wietrze. Widzisz, jaki cień rzuca drzewo przy skrzynce na
listy? Rozumiem, że mogłaś pomyśleć, że kogoś widziałaś, ale chciałbym, abyś wiedziała, że nie ma się czego bać.
Wpatrywała się w konary drzewa, a potem w podjazd wyłożony cegłą.
– Może rzeczywiście to widziałam – przyznała.
– Tak. Na pewno tak było. Wracajmy do środka. Idziemy
spać. – Byłem zadowolony. Przekonałem ją stanowczo, ale
i delikatnie, że jej lęki były bezpodstawne. Jednak moja radość
trwała zaledwie kilka sekund. Idąc podjazdem, usłyszałem,
jak mruczy pod nosem:
– Mógł się ukryć gdzieś w krzakach, a może uciekł do lasu.
Nie było warto się o to kłócić.
Był to pierwszy z wielu podobnych incydentów. Większość z nich była nieszkodliwa: mama budziła się w środku nocy, zdenerwowana tym, że na podwórku przed domem stoją jacyś mężczyźni, ubrani na biało. Kiedyś tak bardzo wytrąciło ją to z równowagi, że zaczęła płakać.
– Nie kłamię, Ken. Tam są jacyś ludzie, przynajmniej sześciu lub siedmiu, i mają białe uniformy. Widziałam ich!

Ból, jaki dostrzegłem w jej oczach, ścisnął mi serce.
– Wierzę ci, mamo – powiedziałem, obejmując ją ramieniem.
– Wierzę, że coś widziałaś, ale popatrz, nikogo tam nie ma. Kilka dni później, kiedy pracowałem wieczorem w swoim
biurze, usłyszałem jej krzyk dobiegający z pokoju gościnnego na górze.
– Ken! Chodź szybko. Świecą światłami w moje okno. – Zerwałem się i pognałem schodami na piętro. Mama, ubrana

| Kiedy twój rodzic s 12 taje się twoim dzieckiem
w koszulę nocną, stała w ciemnościach zesztywniała ze strachu.
– Tam – wskazała na okno. – Czy teraz mi uwierzysz?
Tylko spójrz.
Spojrzałem na opuszczone rolety weneckie, które zakrywały
okno. Z pewnością nie padało na nie żadne światło.
– Mamo, nic nie widzę.
– No tutaj! – krzyknęła cicho. – Nie widzisz tutaj światła?
Przesuwa się w górę i w dół na rolecie.
Znów spojrzałem. I nic.
– Mamo, nic tu nie ma. Żadnego światła. Nic.
– Ken, dobrze się przyjrzyj! – Była bardzo zdenerwowana.
Podszedłem do rolet, podniosłem je, aby spojrzeć przez
okno. Nic.
– Mamo, nic tam nie ma.
– Ale ja je widziałam!
– Wierzę, że coś widziałaś, mamo. Może psuje ci się wzrok albo wracają problemy z kataraktą, które kiedyś miałaś. Ale
nie ma tu żadnego światła i nikogo nie ma na podwórku. Widzę wszystko dokładnie, bo lampy oświetlają podwórko,
i jeszcze raz powtarzam, nikogo tam nie ma. Mam wróciła do łóżka, a ja do pracy, napawając się swoim
małym zwycięstwem – przekonałem mamę, że to, co widziała, nie istnieje. Ale nie zdawałem sobie sprawy z jednego:
przekonanie osoby z demencją, iż się myli, jest prawie niemożliwe. Jedyny ratunek w takiej sytuacji to skierować rozmowę
na inny temat. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że mama ma demencję.

Przekonaliśmy się dotkliwie na własnej skórze, że pozostawianie
mamy samej nie jest już bezpieczne. Pewnego wieczoru, kiedy u nas była, moja żona Lisa i ja mieliśmy pójść
na ślub i zostać na uroczystej kolacji. Często zabieraliśmy

Mężczyźni w białych garniturach | 13
mamę na różne wydarzenia kościelne, śluby, absolutoria, przyjęcia z okazji narodzin dziecka i inne uroczystości. Jednak
tym razem mamy nie uwzględniono w zaproszeniu. Zabieranie jej ze sobą wydawało nam się niewłaściwe. Rozważaliśmy
nawet i to, że nie pójdziemy na ślub, ponieważ nie chcieliśmy zostawiać jej samej.
– Och, nic mi się nie stanie – zapewniała nas. – Nie boję się zostać na chwilę sama. Przecież na Florydzie też mieszkam
sama. Macie iść i dobrze się bawić. – No dobrze – odpowiedziałem, a oczyma wyobraźni widziałem
tańczących mężczyzn w białych garniturach. – Pojedziemy na ślub, ale nie zostaniemy tam długo. Wrócimy
około ósmej. Gdyby były jakieś problemy lub gdybyś czegoś potrzebowała, zadzwoń do mnie na komórkę.
Ślub trwał nieco dłużej, niż przewidywano, i chociaż na kolacji zabawiliśmy dosłownie chwilę, wystarczyło, aby nasz
dom zdążyli otoczyć mężczyźni w białych uniformach. Kilka minut po ósmej wyszliśmy z kolacji i pojechaliśmy do domu.
Całą drogę rozmawialiśmy wesoło, dzieląc się wrażeniami z pięknego ślubu i przyjęcia, i w ogóle nie przyszło nam do
głowy sprawdzić wiadomości w telefonie komórkowym. Byliśmy zaledwie piętnaście minut drogi od domu, więc nawet
nie pomyślałem, by włączyć telefon. Do momentu, kiedy musiałem zwolnić na naszej ulicy. Wtedy zobaczyłem migające
czerwone światła na dachu policyjnego samochodu, stojącego przed naszym domem. Moje serce zamarło na chwilę.
Zatrzymałem się tuż za wozem policyjnym i szybko wyskoczyłem z samochodu. Natychmiast przywitało mnie dwóch
uzbrojonych policjantów.

– Pan Abraham?
– Tak, proszę pana.

| Kiedy twój rodzic s 14 taje się twoim dzieckiem

– Komisarz Thomas, a to jest komisarz Jones. Zadzwoniła do nas pana matka, zgłaszając, że wokół pana domu i w środku
znajdują się jacyś intruzi. Natychmiast zareagowaliśmy na to wezwanie i przeszukaliśmy wszystkie pokoje w pańskim
domu. Nie ma żadnych intruzów. Wszystko wydaje się być w porządku.
Z wyjątkiem mamy, pomyślałem.
– Bardzo panom dziękuję. Jestem naprawdę wdzięczny za
przybycie. Mam ostatnio stała się trochę nerwowa.
– Jest pan pisarzem, prawda? – zapytał policjant Jones.
– Tak, proszę pana.
– Pana mama oprowadziła nas po pańskim gabinecie. Ma
pan niezłą bibliotekę. A pana nazwisko znajduje się na wielu
książkach.
– E… tak. Mama lubi się tym chwalić.
– Tak – kontynuował policjant Jones. – Pokazała nam wszystkie
książki, które pan napisał.
– Naprawdę? – Do tego czasu napisałem ich nieco ponad
siedemdziesiąt.
– Tak, każdą.
– No cóż… Bardzo panom dziękuję. Przepraszam, że mama
sprawiła panom taki kłopot.
– Och, nic się nie stało, panie Abraham. Miło było pana
poznać. – Policjanci pomachali na pożegnanie i uszyli w kierunku
swojego samochodu.
– A, tak… Mi również miło było panów poznać. – Zmusiłem
się do uśmiechu, kiedy machałem policjantom na pożegnanie.
Wsiadłem do samochodu i przestawiłem go, aby mogli
odjechać.
Będąc już w domu, postanowiłem skonfrontować sięz mamą.
– Mamo! Coś ty znowu wymyśliła! Dlaczego zadzwoniłaś na policję?
Mam natychmiast zaczęła się bronić.
– Nie zadzwoniłam na policję. Zadzwoniłam na 911.
– Tutaj jest to numer policji.
– Na dworze byli jacyś mężczyźni i po prostu się bałam.
– Mamo!
– A ci policjanci, jak już byli na werandzie i zobaczyli mnie w drzwiach, zapytali: „Proszę pani, czy bierze pani jakieś
leki?”. Nie zapytali o te podejrzane typy. Nie zapytali, czy coś mi się stało. Pytali tylko, czy biorę leki. Co ich obchodzi,
czy biorę jakieś leki, czy nie? To nie ich sprawa. – Może i nie, mamo – odparłem. – Ale to ich sprawa, kiedy
ludzie podnoszą fałszywy alarm, choć nie ma realnego zagrożenia.
– Nie dzwoniłam na policję. Dzwoniłam na 911.
– Zgadza się! I nie rób tego nigdy więcej, kiedy jesteś u nas, chyba że w domu wybuchnie pożar.
Mama, obrażona, poszła spać i cała noc przebiegła spokojnie, bez najmniejszych zakłóceń z jej strony.
Pomimo powtarzających się incydentów z mężczyznami w białych garniturach, czającymi się na naszym podwórku,
halucynacje mamy traktowałem raczej jak rodzinny żart, dziwactwo, coś, z czego można się pośmiać przy obiedzie
w Święto Dziękczynienia, kiedy opowiadamy sobie z moimi braćmi i ich rodzinami zabawne anegdoty. Wtedy nie wiedziałem
jeszcze o tym, o czym usłyszałem później: że były to pierwsze oznaki demencji.

Top