Uśmiech niebios

Michał Pędracki

Uśmiech niebios

Jest 23.50, koniec lipca. W Polsce o tej porze jest bardzo ciemno. Ale tu, w Jakucku, niecałe 500 km na południe od koła podbiegunowego, niebo jedynie delikatnie różowieje. To moja ostatnia „noc” tutaj. Jutro lecę na północ, do Batagaju w Górach Wierchojańskich, jednego z najzimniejszych miejsc półkuli północnej.

Niedawno wróciłem z wyprawy do wilujskiego ułusu w centralnej Jakucji. Był to jeden z etapów mojej podróży w poszukiwaniu świata dawno utraconego przez człowieka Zachodu. Świata przepełnionej sacrum przyrody, gdzie ludzie, duchy, zwierzęta i rośliny żyją w doskonałej kosmicznej harmonii. Świata, w którym zerwanie bez potrzeby kwiatu jest grzechem; świata pięknego, ale i groźnego zarazem. Harmonia bowiem jest bardzo delikatna. Jakiś duch, człowiek czy zwierzę może ją bardzo łatwo zniszczyć. Skutki takiego zaburzenia równowagi są zazwyczaj fatalne. Niebiańskie Bóstwo jednak nie zostawiło ludzi samych sobie i zesłało szamana, jednostkę, która może przywrócić stan pierwotny, przyjmując na siebie wszelkie konsekwencje destrukcyjnych działań. Szamani mają nadprzyrodzoną moc, ale ich życie przepełnione jest szczególnym cierpieniem. Jakże to dalekie od potocznego obrazu szamanizmu propagowanego przez różnych neoszamanów Zachodu. Według nich, szamanizm to nic innego jak swego rodzaju radosne poszukiwanie wizji dla niej samej. Kolejny przykład międzykulturowego nieporozumienia lub celowego zafałszowania mającego na celu wmówienie odbiorcom, że oferowane właśnie tandetne szkiełko jest szlachetnym kamieniem. W mojej podróży, będącej jednocześnie podróżą w głąb samego siebie, odnajdowałem do tej pory przede wszystkim zgliszcza, ruiny i kamienie nagrobne tego świata. Na grobach jednak zawsze tlił się, troskliwie podsycany, znicz nadziei, że jeszcze nie wszystko umarło. Niebo różowieje. Jest ciepło. Mam niewysoką gorączkę i mogę mówić tylko szeptem. Zaszkodziła mi kąpiel w jeziorze w tajdze. Wylatuję jutro o 8 rano. Czekają mnie dwie godziny podróży samolotem, który swoje najlepsze lata ma już dawno, dawno za sobą. Nie mam pojęcia, co mnie spotka na dalekiej północy, nigdy tam nie byłem, nikogo nie znam. Czy tam też znajdę tylko kamienie nagrobne? Patrzę przez otwarte okno jednego z pokojów akademika w Jakucku na coraz dziwniejsze kształty obłoków. Koło mnie stoi Lisa. Nie jest Jakutką, przyleciała na kongres naukowy do Jakucka z Jamału. Ona też jutro odlatuje, o 6 rano. Lisa jest Nenką. Sięga mi zaledwie do brody. Poznaliśmy się przed kilkunastoma godzinami. Przez ostatnie kilka godzin rozmawialiśmy o idei odkupienia i ofiary w szamanizmie. Lisa mimowolnie reaguje na mój szept i również zaczyna szeptać. Mówi, że jest szczęśliwa, że tu przyjechała, bo mogła zobaczyć ulice pełne ludzi o twarzach bardzo podobnych do jej twarzy. Ludzi o skośnych oczach, wystających kościach policzkowych i skórze barwy mniej lub bardziej dojrzałej brzoskwini; ludzi mówiących swobodnie we własnym języku. Mówi, że to miło widzieć miejsce, gdzie tak wyglądający ludzie nie są dyskryminowani, gdzie mogą bez przeszkód używać swojego języka. Lisa ma nadzieję, ale jest smutna. Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że jej lud umiera.

– Kiedy stracimy nasz język, przestaniemy istnieć. Nikomu nie zależy na zachowaniu naszej kultury. Mnie nie chcą dać nawet pracy w muzeum kultur rdzennych ludów Syberii. Jestem Nenką i jestem naukowcem, a zatrudnili Ukrainkę, która nic o nas nie wie – szepcze. – Cały materiał, który zebrałam w tundrze, pewnie przepadnie. Co przekażemy naszym dzieciom i wnukom?

Lisa ma tylko 27 lat, ale teraz ma w sobie coś ze starej, zrezygnowanej kobiety. Jej skośne oczy o intensywnie zielonej barwie matowieją. Jednak tylko na moment. Za chwilę rozjarzają się dziwnym blaskiem.

– Zobacz, ta chmura wygląda jak anioł – szepcze.

* * *

Samolot odwołano. Burza w Górach Wierchojańskich. Jeszcze jeden dzień w Jakucku. Następnego dnia wszystko w porządku, wsiadam do starego An-25. Startujemy z nieznacznym opóźnieniem. Patrzę z góry na Lenę, która pod Jakuckiem ma 10 km szerokości, i na drewniane domki, które mnie tak zdziwiły, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy z okna samolotu w zeszłym roku. Do głowy mimowolnie przychodzą mi myśli o częstych katastrofach lotniczych w północno-wschodniej Syberii. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się drzemka. Jak człowiek śpi, to nie czuje, że się boi.

Budzę się na kilkanaście minut przed lądowaniem. Wyglądam przez okienko, szukając pasa startowego. Bezskutecznie. Jednak samolot wyraźnie obniża lot. Pasa dalej nie widać. Ostatecznie lądujemy na pasie ubitej ziemi w środku tajgi. Chociaż to jeszcze lipiec, i południe, temperatura na tym leśnym lotnisku wynosi tylko +8 stopni C. Na końcu polany czeka na mnie Nadia, pracownica lokalnej administracji. Nadia jest młodziutka i zgodnie z modą ubrana w koszulkę odsłaniającą brzuch. Nie przeszkadza jej niska temperatura, dla niej to prawie upał. Zimą temperatura spada tu czasami do -70 stopni C (-60 stopni C to norma).

Po dwóch dniach pobytu w Batagaju wyruszam w góry wraz z ekspedycją biologów z Uniwersytetu w Jakucku. Co jakiś czas spotykamy w tajdze tzw. szamańskie drzewa.

Szamanizm, używając sobie tylko właściwego systemu pojęciowego, wypracował bardzo rozbudowane techniki umożliwiające jednostkom o szczególnych predyspozycjach kontrolowane podróże w głąb czegoś, co współczesna zachodnia psychologia głębi nazywa archetypową nieświadomością zbiorową. W opisie tych podróży używa się symboliki Dolnego, Środkowego i Górnego Świata oraz axis mundi – kosmicznej osi łączącej je. Axis mundi należy do mistycznej architektury kosmosu. Jednakże różne realnie istniejące obiekty mogą ją symbolizować i aktualizować. Tak pojmowaną axis mundi może stać się np. jakucki koniowiąz, centralny filar jurty czy też drzewo w tajdze, zwykle brzoza. Szamańskie podróże między światami możliwe są tylko dzięki owej osi, dlatego wszystkim rytuałom z nimi związanym musi towarzyszyć jej symbolika. Odprawia się je np. w bezpośrednim sąsiedztwie drzewa, koniowiązu itp. Drzewo, przy którym taki obrzęd miał miejsce, staje się obiektem sakralnym. Miejsce, gdzie mistycznie została przerwana granica między światami, jest odtąd miejscem szczególnym. Podobny sposób postrzegania mistycznej rzeczywistości odnajdujemy w Biblii w opowieści o śnie Jakuba. Patriarcha śni o drabinie, po której wstępują i zstępują aniołowie. Drabina to kolejny symbol osi kosmicznej (symbolika ta, choć typowa dla szamanizmu, wykracza poza niego i odnajdujemy ją we wszystkich religiach). Po przebudzeniu Jakub uznaje, że kamień, na którym trzymał głowę podczas snu, jest miejscem, gdzie została przerwana granica między światami i uznaje go za święty. By to wyrazić, namaszcza kamień oliwą. Tę samą zasadę myślenia widzimy w sposobie traktowania szamańskich drzew. Drzewa takie zwykle obwiesza się różnokolorowymi szmatkami oraz składa się w ich pobliżu prezenty dla duchów. Bardzo podobnie do szamańskich wyglądają drzewa, na których powieszono szmatki lub wokół których złożono dary dla duchów opiekunów miejsca. Zwykle dary i szmatki umieszcza się w okolicy miejsc, gdzie na wędrowca mogą czyhać jakieś szczególne niebezpieczeństwa.

Również nasz ewenkijski przewodnik okazuje wyraźny szacunek dla duchów. Pewnego dnia patrzy ze zgorszeniem, jak studentka botaniki, Paula, wycina w tundrze kawał porośniętej chrobotkiem reniferowym ziemi. Mówi, że to źle kaleczyć ziemię. Może tu jest mniej grobów starego świata niż na południu?

Zatrzymujemy się na postój na małej polance w lasotundrze. Jesteśmy zmęczeni, codziennie idziemy przez wiele godzin, niosąc na plecach sprzęt i jedzenie. Góry tutaj mają ok. 2-2,5 tys. m n.p.m. Namioty często rozbijamy na gołoborzach, co jest bardzo trudne, a jeszcze trudniej w nich się wyspać. Tym bardziej że temperatura w ciągu tych, dziwnych dla mnie, białych nocy spada do kilku zaledwie stopni C powyżej zera, aby w dzień ok. 14 osiągnąć pułap 35-40 stopni C. Krótkie przerwy w marszu są więc przez wszystkich przyjmowane z ulgą. Zwykle kładziemy się wprost na ziemi, nie zważając na chmary komarów. Na szczęście w górach komarów jest nieporównanie mniej niż na równinach centralnej Jakucji. Tam taki odpoczynek byłby raczej niemożliwy. Obok mnie leży Nerguyana, botanik z uniwersytetu w Jakucku. Ma klasyczne rysy syberyjskiej autochtonki. Pochodzi z zachodniej Jakucji, jej uroda przywodzi na myśl meksykańskich Indian, których przodkowie przecież pochodzili z Syberii. Przodkowie Jakutów przybyli, co prawda z południa, z okolic jeziora Bajkał i bardziej przypominają Mongołów, jednak zajęli oni centralną równinę Tujmady. Wokół na północy, południu, wschodzie i zachodzie w dalszym ciągu mieszkają Ewenkowie, Ewenowie, Jukagirzy, Koriacy i inne rdzenne ludy przybyłe tutaj jeszcze w paleolicie.

Nerguyana patrzy w niebo. Wciąga głęboko powietrze.

– Dobrze leżeć na ziemi. Czujesz Moc Kosmosu? Dobrą Moc Ziemi, Moc Nieba. Tam, na górze, nie ma żadnego dziadka z brodą, który na nas patrzy i zapisuje w książce, co zrobiliśmy. Ale Moc jest na pewno. Wszystko, co jest, wszystko, co nas spotyka ma sens. Teraz to wiem. Przez długie lata komuniści chcieli zniszczyć naszą kulturę i religię. Nie wierzyliśmy w nic. Teraz mamy bałagan w głowach, ludzie robią tu straszne rzeczy, bo nie mają w niczym oparcia. Nie są Rosjanami, ale nie są już też Jakutami. Kim my jesteśmy? Ja próbuję żyć jak moi przodkowie, ale czy to jest jeszcze możliwe?

Myślę o tym, co ona mówi, i przypomina mi się pewna stara kobieta z centralnej Jakucji. Jej ojciec był potężnym szamanem, ludzie go szanowali i ufali mu, jego grób dalej otaczany jest ogromnym szacunkiem. Większość swego życia spędził w sowieckich więzieniach…

Nerguyana przygląda się przepływającym chmurom. Jej czarne oczy pełne są słonecznego światła.

– Popatrz, Niebo się uśmiecha.

MICHAŁ PĘDRACKI, orientalista, pracownik (w stopniu doktora) Instytutu Historii Nauki PAN, zajmuje się historią antropologicznych i etnologicznych badań Syberii przez polskich zesłańców oraz szamanizmem.

“Przegląd Powszechny”
ul. Rakowiecka 61, 02-532 Warszawa
tel. (022) 849 02 39, 54 28 726, 54 28 727
tel./fax: (022) 849 02 78

Top