Duch i marionetka

Jarema Piotr Piekutowski
Duch i marionetka

Viktora E. Frankla rozważania o wymiarze duchowym i wolności człowieka.

Czy jestem wolny? Czy mogę w sposób wolny działać i wybierać? W pierwszym momencie każdy z nas wykrzyknie z radością: „Oczywiście!” Wydaje się nam pewne, że możemy z własnej woli poruszyć ręką lub nogą, ale też podejmować dużo bardziej skomplikowane decyzje, także te mogące zaważyć na życiu i śmierci – naszych bądź kogoś innego.

Tymczasem czytana przez nas na co dzień prasa popularnonaukowa wskazuje coraz częściej na zupełnie inną odpowiedź. „Wolna wola jest złudzeniem!” – krzyczą nagłówki gazet i portali internetowych. Naukowcy, zarówno ci poważniejsi, jak i ci w wersji pop, przedstawiają mnóstwo argumentów na to, że nasze zachowanie jest naprawdę wypadkową różnych działających wokół nas i w nas sił – fizycznych, biologicznych, psychicznych i społecznych. Krótko mówiąc – to nie ja z własnej woli wyszedłem z domu, żeby spotkać się z przyjaciółmi. To całokształt czynników determinujących (moja biologia, osobowość, społeczeństwo) zdecydował o tym, że zrobiłem to, co zrobiłem. Jestem jedynie marionetką dla odruchów warunkowych, bodźców, popędów i sił społecznych. W związku z tym nie można mówić o realnie istniejącym wymiarze duchowym, a tym bardziej o nieśmiertelnej duszy (wszak zarówno ona, jak i wolność są darem Boga, a na Niego raczej nie ma miejsca w takiej wizji).

Nie czas jednak w tym momencie zajmować się prowadzeniem sporu o wolność, który pochłonął już wiele ryz papieru i był tematem tysięcy habilitacji, rozpraw, książek i artykułów. Zajmowały się nim wielkie postaci w rodzaju Marka Aureliusza, Spinozy, św. Augustyna czy Einsteina. Chciałbym natomiast przypomnieć, co pisał na temat wolności i duszy Viktor Emil Frankl – jeden z najwybitniejszych, choć trochę już zapomnianych psychologów i psychiatrów europejskich. Żeby jednak „nastroić się” odpowiednio do jego filozofii, najpierw parę słów o tej niezwykłej postaci.

dsc_6730

>

Ciemności lagru

>

„Nigdy naprawdę nie marzłem, nigdy / nie żarły mnie wszy, nigdy nie zaznałem / prawdziwego głodu, poniżenia, / strachu o własne życie: / czasami się zastanawiam, czy w ogóle mam prawo pisać” – takie pytania zadawał sobie Stanisław Barańczak i zapewne wielu spośród tych, którzy pisali o człowieku, jego kondycji, naturze, a zwłaszcza cierpieniu, po okrucieństwach pierwszej połowy XX wieku. Przychodzą one do głowy tym bardziej, że coraz więcej jest tych, którzy – powołując się na skalę tych okrucieństw – bronią beznadziei i nihilizmu, głosząc nieraz wręcz, że wiara w Boga i sens życia obraża ofiary zła. Jednak nawet oni – jakichkolwiek argumentów by używali – nie mogliby odmówić prawa do pisania Franklowi. Jeżeli życiorys może uprawniać do pisania o człowieku, jego duszy, wolności i cierpieniach, to mało kto ma do tego takie prawo jak on.

Frankl urodził się w rodzinie żydowskiej w Wiedniu w 1905 roku. Przed II wojną światową studiował neurologię i psychiatrię, prowadził ośrodki terapeutyczne, był uczniem Freuda, Adlera, Schelera i Hartmanna. Jednocześnie rozwijał własne teorie, związane ze sferą duchową i ludzkim poszukiwaniem sensu życia. Wojna zastała go w przyłączonej do Niemiec Austrii. Mimo ogromnego zagrożenia ze strony nazistów psychiatra odmówił amerykańskim współpracownikom, którzy proponowali mu wyjazd za ocean, gdyż nie chciał opuścić swojej rodziny. W 1942 r. zaczęła się jego gehenna. Został zatrzymany przez Niemców i przez następne cztery lata był więźniem obozów koncentracyjnych w Theresienstadt, w Oświęcimiu i w Dachau. Podczas pobytu w tym ostatnim obozie stanął oko w oko ze śmiercią: zachorował na tyfus. Wtedy objawiła się w nim wielka wola życia. Manuskrypt książki Lekarz i dusza (ang. The Doctor and the Soul, niem. Artzliche Seelsorge) został w obozie podarty na małe kawałeczki. Frankl chciał jednak przekazać swoje dzieło potomnym. Choroba, na którą zapadł, mogła w każdej chwili skończyć się śmiercią, gdyby zasnął. Jedynie pasja rekonstruowania ukrytego manuskryptu pozwoliła mu się nie poddać. „Muszę za wszelką cenę zachować ten rękopis. To całe dzieło mojego życia”1 – powiedział jednemu z bardziej wyrozumiałych strażników. I udało mu się wyrwać chorobie. W 1945 roku jego obóz został wyzwolony. Wkrótce potem Frankl dowiedział się, że w obozach koncentracyjnych zginęła jego matka, brat i ukochana żona Mathilde.

Gdy spojrzeć z zewnątrz na wszystko, co zdarzyło się w życiu Frankla w ciągu tych kilku lat, można by domniemywać, że zdarzenia te skutecznie podkopały jego wiarę w sens życia, w zbawienie czy w istnienie jakiegokolwiek porządku rzeczy wyższego niż ten materialny. Taki los spotkał wiele pokrewnych mu osób, także znakomite umysły – choćby profesor Maria Janion (za Imre Kertészem) nazywa wiarę w Człowieka przez duże C, w humanizm, zbawienie i sprawiedliwość po Oświęcimiu „humanistycznym kiczem”, „kiczem zbawienia”, „etyczną arogancją”2. Jednak Frankl poszedł zupełnie inną drogą i w swym dziele – które po wojnie kontynuował aż do śmierci w 1997 r. – podkreślał sens życia, bronił godności ludzkiej i duchowego wymiaru życia. Był przy tym człowiekiem niezwykle aktywnym – niech zaświadczy o tym choćby fakt, iż w wieku 67 lat uzyskał licencję pilota, a po 80. roku życia regularnie uprawiał wspinaczkę górską i wykładał na uniwersytecie.

>

Psychiatra w poszukiwaniu sensu

>

Wielu z nas przyzwyczaiło się do potocznego pojęcia duszy jako nieśmiertelnego pierwiastka w człowieku. Frankl jednakże odwołuje się do biblijnego, Pawłowego trójpodziału człowieka na ciało, duszę i ducha. U Frankla słowo „dusza” oznacza całą sferę psychiczną człowieka – emocje i myśli. Ma to ścisły związek z greckim słowem psyche, oznaczającym duszę także w Nowym Testamencie. W tym sensie ciało i dusza są ze sobą ściśle powiązane. Zmęczenie i ból ciała, tak jak jego rozluźnienie i wypoczynek, wpływają na duszę, wywołując gorsze lub lepsze emocje. Dusza jest, podobnie jak ciało, w dużym stopniu zależna od uwarunkowań i okoliczności. Gdyby poprzestać na obrazie dwuwymiarowym, wizja Frankla nie różniłaby się od wspomnianych na wstępie koncepcji deterministycznych (to, co nazywamy duszą, byłoby jedynie objawem tego, co się dzieje w obrębie materii). Jednakże austriacki psychiatra wprowadza pojęcie ducha – jedynego wymiaru w człowieku, który jest niezdeterminowany. To właśnie Franklowski „duch” jest bliższy wspomnianemu, potocznemu pojęciu „duszy”.

Punktem wyjścia dla rozważań Frankla nad wymiarem duchowym były prowadzone w ciągu całego życia badania naukowe nad osobami cierpiącymi psychicznie. Psychiatra zadawał sobie pytanie: dlaczego niektórzy z badanych melancholików stawiają czoła swojej chorobie i mimo występowania jej objawów na poziomie psychicznym i cielesnym potrafią niejako „stanąć ponad nią”, a inni poddają się cierpieniu całkowicie? Podobne pytania zadają twórcy wielokrotnie nagradzanego filmu Piękny umysł, opartego częściowo na biografii Johna Nasha, wybitnego matematyka, który – jak powiedziałby Frankl – dzięki sile ducha kontynuował pracę mimo zaawansowanej schizofrenii paranoidalnej; potrafił zdystansować się nawet do swoich halucynacji, co u schizofreników jest rzadko możliwe. Właśnie tutaj Frankl znajduje miejsce dla wymiaru duchowego człowieka. Nasza wolność jest ograniczona wieloma uwarunkowaniami, ale w każdej chwili zawsze istnieje choćby niewielki obszar, w którego obrębie możemy zająć stanowisko wobec tego, co się z nami dzieje. Nawet wtedy, kiedy moje ciało i psychika są zniewolone, np. alkoholizmem, niepohamowanym gniewem czy lenistwem, i nie jestem w stanie nic poradzić na moje zachowanie, mogę – według Frankla – odnaleźć w sobie przynajmniej tyle wolności, by uznać, że to, co robię, jest złe – i próbować poszerzyć ten niewielki obszar. Właśnie ta wolność jest domeną ludzkiego ducha.

>

Pianista głębi

>

Frankl nigdy jednoznacznie nie definiuje ducha, jednakże wskazuje na różne jego cechy. Pierwszą z nich jest wspomniana wolność. Drugą – możliwość „bycia przy drugiej osobie”. To właśnie w wymiarze duchowym możemy doświadczać obecności drugiej osoby, w tym i samego Boga. Mimo iż Frankl publicznie nie określał swojej przynależności do jakiegokolwiek wyznania, w tym momencie niedaleko mu do Katechizmu Kościoła Katolickiego, który głosi:

„Duch” oznacza, że człowiek, począwszy od chwili swego stworzenia, jest skierowany ku swojemu celowi nadprzyrodzonemu, a jego dusza jest uzdolniona do tego, by była w darmowy sposób podniesiona do komunii z Bogiem3.

Także duch jest w człowieku tym, co kieruje się ku wartościom i ku sensowi życia. To dzięki wymiarowi duchowemu w obozach koncentracyjnych zdarzały się wśród więźniów postawy bohaterskie.

Wolność – nawet w wymiarze duchowym – nie jest nieograniczona. Frankl używał metafory, według której ciało i psychika (dusza) są jak fortepian, a duch – jak pianista. Oczywiście, idąc konsekwentnie tym tropem, trzeba przyznać, że na całkowicie rozstrojonym fortepianie pianista nie zagra czysto brzmiącej melodii. Ale czasami może przynajmniej spróbować skontaktować się ze stroicielem, którym może być lekarz, inny autorytet lub – jak określa psycholog i terapeuta Michał Józef Kawecki – „pomost zdrowia”, czyli osoba, z którą wiążą nas silne i dobre więzi, i której obecność wyzwala w nas siły zdrowia i życia.

Spór o wolną wolę i ducha toczy się do dzisiaj, choć statystycznie rzecz biorąc, w świecie naukowym przeważają poglądy negujące istnienie wolności i ducha. Ostatecznie ani jedna, ani druga strona nie dysponuje twardymi dowodami. W takiej sytuacji może szczególnie warto przyjrzeć się dziełu Frankla, które firmuje niezwykły życiorys – historia człowieka, który był na najlepszej drodze do utraty poczucia sensu życia, a mimo to go zachował.

espe-2009

hastagi na stronie:

#zmiany personalne djeczja elk 2011r

Authors
Tags , , , ,

Related posts

Top