Sensu brak

Bywają koncerty dobre i kiepskie. Kultowe i takie zupełnie przeciętne. Bywają też takie, które nie wiadomo po co bywają. Taki na przykład Perfect w Wołczynie.

„Nie płacz Ewka bo tu miejsca brak, na twe babskie łzy”… Rzeczywiście nie ma, nad czym płakać. Lepiej zastanowić się chwilę: po co? Po co było zapraszać na chrześcijańskie spotkanie młodych zespół, który w swojej twórczości nie ma zbyt wiele wspólnego z chrześcijaństwem? I nie chodzi przecież o to, że zawsze musi być „od Anioł Pański do Zdrowaś Mario” wprost, czarno-na-białym-wielkimi-literami. Nie. Ot, choćby Triquetra, notabene na tym samym spotkaniu, jest doskonałym przykładem, że nie musi. Więc w czym rzecz?

Wołczyn. Malutkie miasteczko nieopodal Kluczborka. Słynie z produkcji drożdży i ze spotkań młodych, które na mapie wakacyjnych festiwali mają jedną z dłuższych historii. W tym roku odbywało się już po raz piętnasty. Przedostatni dzień spotkania, ostatni dzień koncertów. Po świetnym koncercie Katoliki Front, wieczorem, pod plebanię parafii kapucynów podjeżdża biała limuzyna. Z boku napis: „jedzie z nami Perfect”. Wysiada Grzegorz Markowski i przyjacielsko pozdrawia lud. Pisk, wrzask, zgiełk równy beatlemanii w latach 60. – Wstyd mi za tego człowieka – rzuca ktoś z tłumu.

W trakcie koncertu muzycy tryskali humorem: „Bracia obiecali nam, że jak zagramy dobry koncert, to przebaczą nam połowę grzechów” albo „Diabelska solówka, nie, ona była anielska!”. Publiczność spogląda wokół siebie – nikt nie wie, jak się zachować. Konsternacja i zażenowanie. Nie zabrakło też tekstu „na poważnie”: „Zalogowani w Chrystusie, fajne hasło, trzymajcie się tego” i deklaracji, że dochód z koncertu przeznaczą na cel charytatywny.

Muzycznie koncert nie pozostawiał nic do życzenia. Zawodowstwo. Były nawet bisy. Zabrzmiały wszystkie sztandarowe kawałki. Nie byłoby też fair, gdyby nie przyznać racji wielu tekstom Perfectu. W latach 80. wyrażały bunt i dążenie do ideałów wolności i niepodległości. Perfect ma swoje stałe miejsce w historii polskiej muzyki rozrywkowej. To są fakty i nikt nie próbuje ich nie doceniać.

Jednak koncerty na spotkaniach takich jak to, w Wołczynie, mają jakiś głębszy cel. Chyba że się mylę? Jeśli nie są ewangelizacją wprost, to są pewnym świadectwem poszukiwania Boga. Odniosłam natomiast wrażenie, że obecność Perfectu była raczej poszukiwaniem gwiazdy, leczeniem kompleksów. To ciekawe, bo przecież nikt z uczestników do Wołczyna nie przyjechał dla Perfectu, a publiczność lepiej bawiła się na finałowym koncercie KapBand-u. Może bracia kapucyni chcieli zewangelizować Perfect? W takim razie, czapki z głów. Na przyszły rok zamawiam Lady Pank.

„Nie pytaj mnie jak wypada żyć
Nie wiele wiem, błądzę tak jak Ty…”
(„Bóg narodzi się”, Perfect)

Weronika Gurdek
Oto ironia śmieje się ze mnie

Odwaga jest tam, gdzie się człowiek boi. Kiedy wejdzie się w swój strach, to wtedy może się narodzić odwaga. I podobnie jest z miłością. Też trzeba się z nią oswoić, przestać przed nią uciekać. Paradoksy. I mój sposób mówienia o Bogu, o Biblii, w sposób ironiczny też jest paradoksem. Niby to nie pasuje, ale właściwie, dlaczego nie pasuje?

Ze Spiętym, wokalistą i autorem tekstów Lao Che, rozmawia Urszula Jagiełło

Wasza nowa płyta – „Gospel” jest muzycznie zupełnie inna od poprzednich.

Na wcześniejszych dwóch płytach panują minorowe nastroje. Molowe dźwięki. Jest ponuro i refleksyjnie. Pracując nad nową płytą, chcieliśmy dźwiękiem wprowadzić trochę radości. Dlatego wymyśliliśmy sobie takie przymiotniki, jak muzyka cyrkowa, kreskówkowa, żeby lepiej sobie wyobrazić, jak ma brzmieć. Chcieliśmy się trochę pobawić i pouśmiechać na scenie. Zrobić muzykę z przymrużeniem oka. Inaczej robiło się „Gusła”, inaczej „Powstanie Warszawskie”, a inaczej „Gospel”. Jeśli chodzi o tę pierwszą płytę, to z założenia robiliśmy muzykę, która miała być mroczna i posępna. Chcieliśmy zrobić metal, ale w troszkę innym stylu, taki spełniający założenia muzyki metalowej w grozie, ale niewynikający z brzmienia ciężkich gitar. Później wpadłem na pomysł, żeby opowiedzieć pewne historie fabularne językiem średniowiecznych Kresów. W „Powstaniu Warszawskim” muzyka była podporządkowana treściom. I tak jest np. w piosence o barykadzie z muzyką punkową, gdy wojska się wycofują, wchodzi reggae. Taki crossover. Natomiast w przypadku „Gospel” wróciliśmy do patentu, że kiedy robimy muzykę, nie zastanawiamy się nad treściami. Nie chcieliśmy robić konceptu, ani płyty ponurej, chcieliśmy robić wolną muzykę i do niej później napisać teksty. A, że teksty nawiązują do siebie i stanowią pełną całość, to już tak naturalnie popłynęło. Wyszła nam płyta o kondycji człowieka współczesnego.

W warstwie tekstowej „Gospel” przypomina mi trochę żydowskie midrasze. Opowieści biblijne mające przybliżyć życie codzienne postaci biblijnych, pokazać ich od takiej „ludzkiej strony”…

Bo Biblia jest absolutnie ludzką historią. To nie jest opowieść o odwadze, wspaniałości herosów, ale historia o słabości człowieka. Dlatego jest ludzka. Bardziej ludzka nie może być. Tylko trzeba ją odpowiednio interpretować. Ja spotkałem się właśnie z taką wykładnią teologiczną. Biblia mówi o ludziach słabych, o tym w jaki sposób radzą sobie ze swoją słabością, głównie dzięki miłości i zaangażowaniu, przeżywając jednak ciągle rozterki.

Dzięki temu my, też niezbyt doskonali, możemy się w tych historiach odnaleźć.

Tak. To jest właśnie z życia wzięte. Taka serialowa historia. Tylko ludziom wydaje się niedostępna, bo odbierają ją jako surową ocenę, surowy wyznacznik tego, jak powinniśmy postępować. Może się wydawać, że Biblia wiele egzekwuje. A to nie jest tak. Człowiek ma w niej po prostu funkcjonować, poznawać siebie poprzez swoje słabości i ma się dać ponieść. Jak się dobrze wczytać, to Biblia daje właśnie taką możliwość, żeby się w niej przejrzeć.

Żydzi przez opowiadanie midraszy chcą przekazywać wiarę. A Ty?

Te opowieści na początku były sposobem na modlitwę. Po płycie „Powstanie Warszawskie” trudno mi było napisać jakiś nowy tekst i zacząłem przeglądać literaturę duchowo-religijną, bo kiedyś się w tym trochę zaczytywałem. Uczestniczyłem też w grupach poznania Biblii i tak naturalnie zacząłem opowiadać historie biblijne, ale z dużą dozą ironii, w takim moim rozumieniu. Biblia i ja – w tym świecie, w moim zagubieniu i tęsknocie za Bogiem i harmonią. Wiesz co, ja się bardzo natrudziłem nad tą płytą i byłem w dużym kryzysie twórczym, a to się wiąże z kryzysem osobistym. Mam może zbyt wysokie oczekiwania wobec siebie, jakieś kompleksy, nie wiem. Dopadł mnie kryzys i okazało się, że on był niezbędny. Tak to jest, że przychodzi cierpienie, ale można z niego czerpać. Każde wydarzenie daje możliwość, żeby się przebudzić.

Na „Gospel” Bóg wydaje się być surowy dla człowieka, ale w pewnych momentach „zaleca się” do niego, chce się zaprzyjaźnić. Jak w pierwszej piosence, kiedy zwierzają się sobie, tak po kumpelsku.

To jest takie ludzkie, ironiczne rozumienie Boga. Boga, który choruje na depresje, jest zagubiony – zupełnie jak człowiek. Taka trochę karykatura.

Dlaczego karykatura?

Bo ja nie wiem, jaka powinna być naprawdę relacja między Bogiem a człowiekiem. Ja za nią tęsknię, za nią podążam, ale wydaje mi się, że prowokacja poprzez ironię jest potrzebna, żeby wyśmiać to, co jest z pozoru nie do wyśmiania. I dzięki temu z tego tematu schodzi zupełnie niepotrzebny patos.

I wtedy człowiek jest bliżej Boga?

Sądzę, że człowiek upadły jest bardzo blisko Boga, zresztą jak każdy człowiek. Bo czy za to, że piję i palę, Bóg mnie mniej kocha? Jak grzeszę, to też mnie kocha. Ale trzeba sobie zdać sprawę, że z tym grzechem człowiekowi lepiej na pewno nie będzie. Bóg cierpliwie czeka i tyle. Nawet jak się śmieję i mu urągam. Daj albo się bujaj, daj mi cokolwiek: sławę, powodzenie, urodę, pieniądze. I wiecznie ta pretensja człowieka do Boga: „ja to myślałem, że tu będzie inaczej, a tu jest tak do dupy raczej”. Ja mam taką naturę, żeby się wyśmiewać z wielu rzeczy. Mam nadzieję, że nie jestem odbierany jako cyniczny, bo tego bym nie chciał. Ja po prostu chcę się trochę do tych tematów zbliżyć, tak jak potrafię. Więc będę się trochę naśmiewać, żeby się z tym dobrze poczuć, być bliżej.

Żeby z Bogiem gadać nawet jak jest się w ciemności…

No właśnie. Szukajmy kontaktu. Nawet jak ja będę w Niego kamieniami rzucał, to czy On się na mnie obrazi? Nie. Nie sądzę. Ważne, żeby szukać jakiejś relacji.

Czy w Twoich „Czarnych Kowbojach” jest z coś Jeźdźców z Apokalipsy?

Nie, to tylko czarne, depresyjne myśli, które czasami mnie dopadają rano. „Braciszkowie moje, czarne kowboje, trochę się ich boje. Przynoszą mi ołowiano-chujowe nastroje”. Chodzi o to, żeby od nich nie uciekać. Problem z człowiekiem polega na tym, że on od siebie zawsze, za wszelka cenę chce uciec. Zawsze chce być gdzie indziej, żeby wszystko było inaczej. Przynajmniej ja tak mam. A trzeba przestać uciekać przed sobą. Jeśli przychodzą czarne myśli, to ja nie będę ich przepędzał, „przemówicie do mnie, ja wysłucham, co macie do powiedzenia, bo żeby się obudzić, muszę poznać czas i miejsce waszego urodzenia”. Raczej trzeba się zastanowić i poczuć, skąd się te myśli biorą i wyciągnąć je na światło dzienne. Demony mają taką naturę, że jeśli nie ucieka się przed nimi, ale je wyciąga na światło dzienne, to one tracą moc.

Trzeba je nazwać.

Tak. Trzeba się do nich przyznać. Przyznać się do jakichś kryzysów, wpadek i dopiero wtedy człowiek wychodzi zwycięski. To jest paradoksalne, ale życie w ogóle takie jest i Bóg też, a człowiek szuka Boga tam, gdzie Go jest najmniej. Często powtarzam taki paradoks o odwadze i strachu. Bo nie ma czegoś takiego jak odwaga w sensie abstrakcyjnym. Odwaga jest tam, gdzie się człowiek boi, gdzie jest strach. Kiedy wejdzie się w swój strach, nie ucieka się przed sobą, jakoś to przyjmuje, to wtedy może się narodzić odwaga. I podobnie jest z miłością. Też trzeba się z nią oswoić, przestać przed nią uciekać. Paradoksy. I mój sposób mówienia o Bogu, o Biblii, ironiczny sposób – też jest paradoksem. Niby to nie pasuje, ale właściwie, dlaczego nie pasuje?

Bo ktoś może poczuć, że znów chce się nas, chrześcijan, atakować, wyśmiewać…

Mnie jako katolika, który nie chodzi teraz do kościoła, w pewien sposób zraziła zasadniczość i przesadny radykalizm reprezentowany przez Kościół. Nie wiem, może religijność w wykonaniu mojej rodziny była taka. Może to jest problem. Zresztą tak naprawdę to chyba nie ma znaczenia, bo Bóg jest wszędzie i jeśli komuś religia pomaga się z Nim komunikować, to proszę bardzo. Mnie na dzień dzisiejszy nie bardzo pomaga i nie wiem, czy kiedykolwiek będzie. Może się tak zdarzy, a może nie. Nie wiem, czy do końca mojego życia będę się tak błąkał po takich moich obrzeżach kulturowych. Wyrosłem w rodzinie z tradycjami religijnymi, z którymi nie do końca żyję w symbiozie. Bo skoro w niedzielę, jak pójdę do kościoła – nic nie czuję, to co mam zrobić? Mam się za to kajać? Nie.

Mnie dotknęły kiedyś słowa Heschela, który zwracał uwagę na sensowność stwierdzenia: Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba. Pisał, że ma to głęboko teologiczny sens. Każdy z patriarchów posiadał obraz Boga przekazany przez ojca, ale też musiał go odkryć sam.

Właśnie, bo z Bogiem to jest tak, że ilu jest ludzi na świecie, tyle jest obrazów Boga. Istnienie Boga i relacja człowieka z Nim jest uniwersalną prawdą, ale to jest tak, że każdy musi to odnaleźć w sobie i nikt nie da człowiekowi dobrej rady, jak to zrobić. Ja mogę obserwować, słuchać ludzi, być zaangażowany i wtedy Bóg się pojawia. Ale jak leżę odłogiem i mam wszystko gdzieś, nie wkładam wysiłku w miłość, w relacje z ludźmi, w próby odnalezienia siebie, to wtedy nic nie zakwitnie. O to wszystko trzeba dbać, bo życie jest jak ogród. I wtedy Bóg się pojawia.

Mnie przekonało działanie moich rodziców, a nie to, co mówili. Widziałam, że zaufali Bogu i gdy to się przekładało na nasze życie, to chciałam też iść tą drogą.

Działanie. Biblia jest takim działaniem. Nie chodzi o to, żeby wyjść i kopać rowy, ale żeby zadbać o to, co nam zostało dane. Większość ludzi nie wie, jak to zrobić. Ja nie wiem, ale, jak nie będę próbował, to się nie przekonam. „Szukajcie, a znajdziecie” – to jest prawda nie do podważenia.

A czy były jakieś konkretne wydarzenia, które Cię zainspirowały do napisania piosenki „Drogi Panie”?

To jest mocno ironiczna historia, ale na końcu tej piosenki chciałem dać moją refleksję: „nie będę do Pana telefonował, nie będę nachodził, głowy Pana nie będę psował; ale przyjdzie dzień, zapuka ktoś do Pańskich drzwi, staniemy razem ja i moje spięte CV”. Ale to jest tak, że oto ironia śmieje się ze mnie, bo ja nie chciałbym nie telefonować do Boga. Raczej chciałbym nawiązać połączenie i to trzeba robić na ile się da, w każdej chwili. Żeby o tym nie zapominać, że jest Bóg, że ja jestem, że czuję; żeby nie usypiać. Bo Bóg jest w każdym i prowadzi każdego odrębnie. To jest bardzo subiektywna komitywa. Droga do Boga prowadzi przez samego siebie, więc kiedy siebie pokocham, zaakceptuje, to będę u celu.

Myślisz, że zrobimy to sami, bez żadnej pomocy?

Tego nie wiem. Ale widzę znaki w swoim życiu – kiedy robię coś niewłaściwie i staram się przemóc swoje słabości, to mi się odpłaca. To są bardzo subtelne znaki i pewnie każdy człowiek może mieć zupełne inne. Dlatego myślę, że to jest mój Bóg osobisty.

To może jeszcze wróćmy do miłości. Mówiłeś kiedyś, że nie chcesz o niej śpiewać.

Może nie tyle, że nie chcę, ale trudno jest mi o niej pisać. To jest dla mnie trudny temat, rzecz, której się troszkę boję i nie czuję w sobie powołania, żebym mógł się w tym temacie wyrażać. Na „Gospel” jest piosenka „mpaKOmpaBIEmpaTA”, która mówi o miłości bardzo subtelnie.

Mnie przekonuje takie proste śpiewanie o miłości, bez gadulstwa, ale prawdziwie.

To jest temat, o którym nie mam za wiele do powiedzenia, więc wolę się za to na razie nie brać. Za dużo jest tu znaków zapytania. Może to jest błąd. Wiem tylko, że dzisiaj cieszę się, że napisałem piosenkę o kobiecie. Pomaga mi, kiedy ją śpiewam. Przypomina mi o lęku. Jest też wyciąganiem, po raz kolejny, kolejny, kolejny, demonów, aż wreszcie one uciekną.

Więc warto mówić, że się kocha?

To na pewno. Warto kochać, przede wszystkim.

A czy warto, żeby Chrystian się wychylał?

To znów ta ironia. Oczywiście, że tak. Gdyby się nie wychylił, to nie wiem, gdzie byśmy dzisiaj byli. Nagrywaliśmy „Gospel” i mój znajomy, producent, realizujący „Powstanie Warszawskie”, który znał już te nagrania, na święta Wielkiej Nocy napisał mi sms: „Spięty, podobno jednak Chrystian zmartwychwstał, znów się wychylił i dokazuje”. Niech każdy się wychyla i to jak najwięcej.

Wasz przyjazd na „Song of Songs” to też wychylanie się. Nie baliście się, że Was wpakują w szufladkę?

Cieszę się, że przyjechaliśmy. To są nowe sytuacje, a cały zespół lubi się sprawdzać w nowych wyzwaniach. Dlatego robimy płyty, które się od siebie różnią, ja szukam nowych słów, którymi można nasz zamysł wyrazić. Uczę się tego, by mówić jak najbardziej z serca. To jest ciągłe poszukiwanie. Zespół to też ważny element naszego życia, w udoskonalaniu się, w zbawieniu. Jeżeli będziemy go tworzyć z sercem i zaangażowaniem, wtedy na pewno da nam jakieś wytyczne.

Dlaczego w ostatnim utworze śpiewacie wszyscy?

Bo napisałem ten tekst, by wyrazić relację całego zespołu z Bogiem. Taki dialog nas wszystkich. Pomyślałem, że to zabrzmi wiarygodniej.

W wywiadach mówiłeś, że teksty to Twoja działka. Tu podpisuje się pod słowami piosenki cały zespół?

To nie jest tak, że jest zespół i ja. Jesteśmy jednym organizmem. Relacje między nami stanowią ważny element naszego życia. Dobrze się ze sobą czujemy, a gdy czujemy się źle, to staramy się to sobie mówić, dbać o siebie nawzajem. Napisałem ten tekst, ale jako że jestem zaangażowany w tych ludzi, a oni we mnie, to można go było przez ich usta wypowiedzieć.

A ten dodatek muzyki na samym końcu płyty?

To jest kompozycja z „Hydropiekłowstąpienia”, którą gra Wieża.

Dlaczego umieściliście ją właśnie tam, jaką historię ona opowiada?

To jest taka klamra kompozycyjna. Płyta jest ironiczna i podejmuje ważne tematy, ale jednak muzycznie jest bardzo wesoła, skoczna, dużo w niej śmiechu. Zwieńczenie jest jednak trochę refleksyjne. Można ten utwór nazwać „Tęsknota za Bogiem”. Piosenka o Noem, z której on pochodzi, jest według mnie najbardziej trafiona, jeśli chodzi tekst, który ma pokazać relację człowieka z Bogiem. Takie zupełne pogubienie. Jest to zresztą pierwszy tekst, który napisałem na „Gospel”.

Czy na „Gospel” jest Dobra Nowina?

Bardziej poszukiwanie Dobrej Nowiny. „Dajcie mi Dobrą Nowinę”. Na pewno nie jest to płyta ponura. Mnie krzepi, nawet jeśli mówi o kryzysie, to jednak jest w tym siła. Krzepi mnie nawet to, że się wypowiadam o własnym kryzysie. Tam gdzie jest słabość, rodzi się siła, tam gdzie jest strach, rodzi się odwaga, tam gdzie jest brak miłości, rodzi się miłość.

Authors
Tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Related posts

Top